POLECAM: Brooklyn


Zacznę od tego, że kiedyś stwierdziłam, że rezygnuję z recenzowania i polecania filmów/książek/spektakli czy czegoś takiego. Mogłabym się nie wyrobić z częstowaniem Was takich polecanych rzeczy i jeden wielki śmietnik by się zrobił. Jednak, odkąd wiadomo, istnieje powiedzenie "apetyt rośnie w miarę jedzenia". Ostatnio używam go dość często i to w przeróżnych sytuacjach.

Po pierwsze - im więcej czytam i oglądam, to wyrabia mi się mój własny obraz dobrego filmu czy książki. Kreuje się moja opinia oraz definicja "dobrego" dzieła. Nie jest tak, że jestem zachwycona każdą rzeczą, którą zobaczę. Oczywiście - staram się wyciągać dobre rzeczy - plusy przede wszystkim (zimowy żart -> za oknem również mile widziane! :P).
Jestem jednak ostatnio poruszana przez takie różne filmy, które nie robią zawrotnej kariery w show biznesie. Mało i cicho się o nich mówi. Wydaje mi się, że to nawet lepiej dla nich ;)

Kolejną rzeczą jest to, że niekoniecznie przepadam za oglądaniem "smutnych" filmów. Ja bardzo przeżywam i się przejmuję. Do tego stopnia, że jak filmowy bohater zrobi coś w filmie głupiego, to palę się ze wstydu za niego. Smutne filmy generują egzystencjalne pytania co powoduje, że jeszcze długo rozkminiam świat. BARDZO długo. Poza tym, potrafię zacząć zachowywać się jak bohaterowie. Odkąd oglądam serial "Friends" to witam znajomych "hello you!" /kto oglądał, to wie o czym mówię/. Ja bardzo nasiąkam. Jeżeli film jest smutny, to nasiąkam smutkiem.

Nie można jednak siedzieć ze swoimi strachami i je oswajać. Ja się faktycznie bałam oglądać takie filmy. Motywacji mam w sobie całkiem sporo, czasami trudno ruszyć po prostu tyłek. Natchnął mnie pan Tomek Michniewicz, który na swoim blogu wyznaczył na ten rok 25 wyzwań dla siebie. Jednym z nich było ogolić się na gładko. Człowiek, który nie golił się od 18 roku życia nagle.. Jest człowiekiem nie do poznania. Zrobił coś, co go /być może/ przerażało. Wyszedł ze swojej comfort zone i zadziałał. Może nie jest przekonany do swojego nowego wyglądu, ale napisał "co się pośmiałem, to moje!". My ludzie, musimy sobie czasami przypominać, że wiemy takie rzeczy i znów ruszać dalej :)

Jednym z moich długofalowych zadań z Bucket List jest obejrzenie wszystkich filmów nominowanych do Oscara w kategorii najlepszy film. Zadanie jest trudne, bo chcę zacząć od samiutkiego począteczku, a lista wciąż będzie się rozwijać i powiększać o kolejne pozycje. Nieważne. Najbardziej mnie martwiło, że najwięcej filmów jest o wojnie, psychologicznych albo smutnych dramatów. Coś, czego się boję /a może "bałam"?/.

Dzisiaj odniosłam zwycięstwo nad tymi dwiema rzeczami. Obejrzałam film z listy i do tego nie był on wesoły!

I teraz wracając do tych recenzji.. Nie sposób nie napisać o tym filmie.
Brooklyn. Film o Irlandce, która wyjeżdża do Ameryki za lepszym życiem. Akcja osadzona w latach 40' i 50'. Wiecie - ładne ciuchy, potańcówki, fryzury, nawet rozpoznałam, że na filmie tańczyli LINDY HOP'a! :D
/nic więcej nie powiem Wam o akcji. Jestem beznadziejna w takich rzeczach, bo ja od razu spoileruję. Nie chcecie, abym opowiadała Wam filmu. Ja chcę, żebyście sami do niego zaglądnęli :)/
Film jest delikatny. Aktorka grająca główną bohaterkę zagrała bardzo autentycznie. Czasami jednak wydawało mi się, że jej postać jest bezpłciowa, jednak z biegiem filmu się rozkręciła.
Pięknie nakręcony film. To lubię. Piękne ujęcia - tak, że czujesz się, jakbyś siedział stolik obok bohaterów w kawiarni i "podsłuchiwał" ich rozmowę. Piękne kolory. Kreacje. Historia. I cieszę się też, że zakończyła się /według mnie/ pomyślnie.
Film z 2015 roku. Odhaczam i mówię do siebie: "I co, Koossa. Chyba warto było się przełamać?" :)
To tyle. Rozczulił mnie. Poruszył. Lubię takie filmy :)

Trzymajcie się ciepło i oglądnijcie Brooklyn. Bo warto :)

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Translate

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.