Pierwszaje

Zapisałeś się na kurs kilkutygodniowy /piszę osobowo do Was jako ludzi, a nie z nakierowaniem na mężczyzn, bez fochów mi tam ;) /. Dostałeś się do wymarzonego chóru. Przychodzisz na cykliczną imprezę. Idziesz do znajomych przyjaciela. Jedziesz na obóz. Wszystkie te rzeczy robisz po raz pierwszy. Nikogo nie znasz, nic nie wiesz. A nawet, jeżeli znasz, to i tak nic nie wiesz i czujesz się nieswojo. Nikt z Tobą nie rozmawia, bo nikogo nie znasz. Po pierwszych 15 minutach jesteś już zatopiony w głębokiej rozpaczy /wersja hard/, masz ochotę iść do domu i zrezygnować. Walczysz jednak, aby wytrzymać do końca zajęć/spotkania/wydarzenia, aby nie było „siary”, że wychodzisz w trakcie. Kiedy w końcu jest koniec i możesz wyjść, jesteś wkurzony na siebie, że zafundowałeś sobie taką /mówiąc ironicznie/ „rozrywkę”, że „NIGDY WIĘCEJ” i masz ochotę się w sobie zamknąć /generalizuje teraz, możliwe, że jesteś inny/.

Weź głęboki oddech. Odłóż emocje i uczucia na półkę. I posłuchaj mnie teraz.


Twoje wyobrażenia i oczekiwania przerosły razy nieskończoność to, co się zadziało. Rzeczywistość zawiodła, a w Tobie pozostał tylko niesmak. Zaskoczę Cię – to normalne.

Być może jesteś z tych typów, które doświadczone już takimi wydarzeniami starają się dać sobie szansę na przekonanie przez kolejne dwa razy /bo do trzech razy sztuka!/. Ten model posiada silną motywację w sobie, by się zaangażować i nie polec na pierwszym razie. Większość jednak rezygnuje, bo nie wie, że to normalne, że trzeba dać i sobie, i wszystkim dookoła czas na „rozkręcenie się”.
Odkryłam to już w gimnazjum. Sformułowałam w nazwę i słowa jakoś niedawno.

mój pierwszaj na nartach w zeszłym roku


Trenowałam koszykówkę przez 6 lat. Zaczęłam w 3 klasie podstawówki. Pomimo tego, że jeździłam na obozy ze swoją drużyną /na samym początku/, to zawsze pierwszego dnia miałam ochotę wracać. Było dziwnie, nieswojo, nie miałyśmy za bardzo co robić /przypominam: 3 klasa podstawówki! :P/. Potem były obozy kadry wielkopolskiej, obóz kadry Polski, campy, turnieje i inne takie cuda. Zawsze pierwszy dzień: MISS MY HOME. A ostatni..? ‘JA NIE CHCĘ WRACAĆ DO DOMU”. Zawsze. 

W gimnazjum, kiedy jeździłam praktycznie całe wakacje po obozach, wiedziałam już, że trzeba czasu, aby się to wszystko rozkręciło. W końcu nie w jeden dzień Rzym zbudowano, czy jakoś tak ;)
Nazywam to „pierwszaje”, bo „pierwszy raz”. I pomimo mojej jeszcze silniejszej motywacji niż „do trzech razy sztuka”, to zawsze się ten pierwszaj pojawia. Pierwsza godzina, pierwsze zajęcia, pierwszy cykliczny event.. Nauczyłam się już, że trzeba czasu.

Dzięki tej nauce nie zrezygnowałam z bardzo wielu rzeczy, które teraz owocują w przepiękny sposób. Nie zrezygnowałam z Gospel Joy i teraz jestem jego managerką. Nie zrezygnowałam z podróżowania i zobaczyłam już kawał Europy i Świata. Nie zrezygnowałam z kursu charlestona /taniec/ i już całkiem nieźle improwizuję figurami i ogarniam rytm. Nie zrezygnowałam z robienia omletu, chociaż pierwsze mi nie wychodziły, a teraz czuję się jak omletowy miszczu :D Mogłabym tak wymieniać i wymieniać.

Pierwszaj boli. Nikt do Ciebie nie podejdzie, bo Cię nie zna. Nie rozmawiasz z nikim, jesteś jak szara myszka i przyglądasz się wszystkiemu w czym chciałbyś właśnie uczestniczyć. Po takich zajęciach należałoby wykasowywać pamięć emocjonalno-uczuciową i złożyć przysięgę przyjścia na następne zajęcia :P
Pierwszaj również uczy. Podczas pierwszaja wszystko chłoniesz bardziej intensywnie: kto z kim, kto jak, dlaczego, po co. Rodzą się pytania, dzięki którym uczysz się operować potem w tej rzeczywistości. Pierwszaj jest przepięknym doświadczeniem upadnięcia na tyłek, gdzie masz dwa wyjścia – wstać, otrzepać się i spróbować jeszcze raz albo płakać i biadolić. Pierwszaj nadal boli, ale niezwykle zmienia perspektywę.
Zastanów się teraz przez chwilę nad jakąś grupą, w której już jesteś od dłuższego czasu. Pamietasz swojego pierwszaja? Pamiętasz ten niemożliwie krępujący moment, gdy bałeś się odezwać? Teraz już się pewnie z tego śmiejesz, ale wtedy wcale nie było Ci do śmiechu ;) Miałeś tysiące pytań, myśli, wątpliwości, spostrzeżeń. Czy teraz, potrafiłbyś je znów dostrzec?



Nie odrzucajmy pierwszaja. Nie dajmy się mu. Stań do walki i daj sobie kolejne dwie szanse :) Dla tych wytrwalszych – istnieje pewien Pan, który odkrył, że jest w stanie nauczyć się czegoś nowego, jeżeli się do tego mocno przyłożymy i poświęcimy na to 20 godzin. Ja jestem właśnie tym hardcorem i pacyfikuję pierwszaje, trzy razy sztuki i angażuję swoje siły w całe „20 godzin” /nie zawsze tyle kurs trwa ;) Czasami po prostu staram się wytrwać do końca kursu ;)/

To jak, dasz sobie szansę jeszcze raz? Może nawet dwa? W Piśmie jest napisane, że moc w słabości się doskonali. Słabość – ucieczka przed pierwszajem. Moc – danie sobie czasu na rozkręcenie się i kolejnych szans. Pracuj zatem, do dzieła :)

PS Nawet Gonciarz nagrał filmik o "Pierwszym Kroku”. On też powiedział, że miał swój pierwszy raz, że nie było łatwo, ale dzięki temu, że się nie poddał doszedł do tego miejsca, w którym teraz właśnie jest. Konkludując – rezygnując z czegoś, bo Twój pierwszaj Cię onieśmielił zamykasz sobie drogę na /być może/ odkrycie w sobie jakiegoś geniuszu lub wielkiej pasji :) Nie daj się pierwszajowi! Daj się ponieść i rozwinąć! :)

2 komentarze :

  1. Tak mi się przez to (i inne rzeczy) wzięło na wspominanie i stwierdzam tak: najlepsze wspomnienia zaczynają się od chwili zwątpienia. Tak poetycko.

    OdpowiedzUsuń

Translate

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.