Majówka 2016: Dzień 4 ostatni



 Powrót do domu. Do rzeczywistości. Zejście do Korbielowa, a stamtąd autobusem do Krakowa. 
Powiem tak - nikomu nie życzę wspinania się z Korbielowa do Schroniska na Hali Miziowej. Nikomu. Schodziłam prawie godzinę, a wielkość stromizmy przez cały czas była taka sama. 
Ostatecznie nawet zbiegałam, ponieważ bałam się, że nie zdążę na bus.





tam na dole to Korbielów

 Potem trochę zaszalałam. Myślę, że Bóg też błogosławił. W Krakowie w automacie na bilety znalazłam 5zł, za które wywiozłam się na krakowskie obrzeża i próbowałam dojechać do Poznania stopem. Skończyło się na Wrocławiu :)
Tam już przechwycił mnie zgrabnie Kuba Kocię, który odprowadził mnie na pociąg, nakarmił i zrobił zdjęcie z moją ulubioną wrocławską rzeźbą :D
W Poznaniu uratował mnie jeszcze kto inny - noclegiem, a rano pysznym śniadankiem.
Dzień spędzony z mężczyznami - wszystkie autostopy proponowane przez mężczyzn.

 Z jednej strony, im więcej się podróżuje autostopem, tym mniej się pamięta te wszystkie połączenia, którymi się jechało. Chciałam pominąć opowieść tych stopów, jednak nie mogę się powstrzymać :)
Z pewnością nie utknęłam w GOPie (Górnośląskim Ośrodku Przemysłowym). Zafundowałam sobie godzinny spacer po Zabrzu (orki z Majorki i te sprawy), bo zobaczyłam znak zjazdu na autostradę. "O, super! Pójdę bezposrednio na autostradę, to szybciej coś złapię". I wiecie, to tak, jakbyście w centrum Poznania (czy swojego miasta) zobaczyli znak, że do autostrady jest na "lewo" i rozpoczęli spacer w tym lewym kierunku, nawinie wierząc, że ta autostrada będzie za tym lewym rogiem :D
Moje myśli wtedy - "Hmm, nie miałam co robić w domu, więc stwierdziłam - a co tam! Zafunduję sobie darmowy spacer po Zabrzu! Dzięki Boże, zawsze marzyłam o spacerku po Zabrzu" :D
 Kiedy już doszłam do tej nieszczęsnej autostrady, to zaczęła jechać za mną policja. I to nie, że sobie jechała i miała mnie zaraz wyminąć, tylko ona podążała za mną. A ja zbliżałam się do autostrady, na której właśnie chciałam łapać okazję, by dojechać do domu.. Panowie w końcu sobie odjechali, a ja byłam już tak zmęczona, że swoje machanie rozpoczęłam już na zjeździe na autostradę i zatrzymał mi się.. Włoch. Szkoda tylko, ze jechał autostradą jakieś 10km. Co robić, co robić? Ledwo, co dostałam się na autostradę i już z niej zjeżdżam. Zrobiłam więc coś, czego zawsze odradzam wszystkim i zakazuję, i w ogóle. "Wysadź mnie na autostradzie". SUPER KOOSSA :D
 Kiedy mój uprzejmy Włoch zostawił mnie na nieszczęsnej autostradzie, to zauważyłam, że po jej drugiej stronie również stoi policja, więc rozpoczęłam szybką ewakuację za górkę, która tam była, aby uniknąć mandatu i innych takich. I tak, na jakieś pół godziny, utknęłam na kolejnym zjeździe już na samej autostradzie, w stronę Wrocławia. Moim ostatnim błogosławieństwem, w postaci kierowcy, był Turek. Ani po angielsku, ani po polsku. On po turecku, a ja na translatorze google. Dojechałam jednak, gdzie chciałam :)

 Teraz się z tego śmieję.. Wtedy nie było tak kolorowo. Bóg jednak błogosławi i prowadzi. Chwała Mu za to :) Było warto :D


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Translate

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.