Czas


Nie mam czasu.
Czas nie ma mnie.

Skoro nikt go nie ma, to może on nie istnieje?


Skoro nie mam czasu, to potrzebuję szybkich produktów, szybko skutecznych technik oraz szybko przyswajalnej wiedzy. Pozwolą mi one na przeżycie w tym bez-czasowym świecie. Nie mam czasu na długoterminowe kursy. Nie mam ochoty na kilkuletnie warsztaty. Nie mam siły na poświęcenie czasu /którego nie mam/ na zajęcia, które nie dają mi natychmiastowego efektu. Nie i już. Ma być szybko, prosto i skutecznie.

Szybko to pojęcie względne, u każdego z nas indywidualnie zdefiniowane. 

 

Może to być tydzień, miesiąc, rok. A w sumie, to może i w godzinę coś zdziałam.

Dieta cud - schudnij 7 kilo w tydzień?
Zrób-sobie-brzuch w miesiąc?
Zacznij biegać maratony w dwa miesiące?
Mów biegle po francusku w rok?
Restauracja/kawiarnia/bistro - czemu mam czekać na zamówienie dłużej niż 5 lub 7 minut?!

Teraz. Szybko. Natychmiast.
Niecierpliwość. Chciwość. Desperacja.

Przystępujesz do działania. Poświęcasz tydzień-dieta cud, miesiąc-brzuch, a rok-nauka języka.
Po tygodniu widzisz, że cyfry na wadze zamiast spadać uparcie wzrastają. Po miesiącu i tygodniu widzisz, że wyprofilowany brzuszny kształt zanika, a po roku z kawałkiem nie pamiętasz ani słowa z obcego języka. Zebrałeś doświadczenie i czujesz się.. oszukany? Ograbiony z czasu, pieniędzy, energii? Zniechęcony.

Pozwól, aby to doświadczenie nauczyło Cię w tej chwili bardzo czegoś ważnego.

Wszystko w naszym życiu, musi "pochłonąć" swoją ilość czasu.

 

Wszystko "takes time" = zabiera czas.

Systematyczność. Regularność. Wytrwałość.
Nadszedł czas, aby zakolegować się z tymi słowami.

Czy urodziłeś się na ten świat z niesamowicie rozwiniętą umiejętnością mówienia? Nie
Czy po wskoczeniu do wody w ciągu nanosekundy pojąłeś czym jest kraul i delfin, i baseny pokonujesz w rekordowych prędkościach? Nie
Czy po swoim urodzeniu wyszedłeś z sali porodowej o własnych siłach? Nie



WSZYSTKO MUSI ZABRAĆ SWÓJ CZAS.
Tak przynajmniej mówi mi bardzo dobitnie moje doświadczenie /i szpecący mi do ucha Duch Święty/.
Jeżeli powyższe pytania /trochę oczywiście wyimaginowane ;)/ retoryczne nie naprowadziły Cię na ten jakże filozoficzny tok myślenia, to pozwól, że zaprezentuję to na kilku osobistych przykładach.

/bez urazy do kogokolwiek :)/
Nie mówię tutaj tylko o sprawach dotyczących uczenia się nowych rzeczy. Sprawa czasu dotyczy wszystkiego - po zrobienie prania przez pralkę, po spanie, podróżowanie i robienie jedzenia.

Całe 22 lata mojego życia żyłam w przeświadczeniu, że nie potrafię robić naleśników /oraz innych form płasko smażonych/. Zostałam poinformowana przez Mamę, że to dziedziczne i ani jej mama, ani ona, nie potrafiły nigdy usmażyć naleśników. Trudna to prawda dla mnie była. 
Dzieliłam się nią ze znajomymi, którzy z oburzeniem wołali - może złe ciasto? może zła patelnia? może za mało oleju? Tak naprawdę wszystko po trochu. Nie mogąc uwierzyć w ten anty-dziedzczny-gen zapragnęłam robić omlety. Stan patelni w moim domu był raczej słaby, ale nie zabiło to mojej nadziei. Możecie mi wierzyć lub nie, ale pierwszy omlet wyszedł okropnie /czyli nie wyszedł i zamienił się w jakiś jeden z rodzai jajecznicy/. Drugi też. Trzeci cały trzymał się "kupy". Ten trzeci to był przełom i duma. Czwarty wrócił do formy i był brzydki. I tak historia trwała. Z każdym kolejnym omletem i tygodniem, wychodziło mi to coraz lepiej. Gdzieś podświadomie stwierdziłam, że chcę specjalizować się robieniu omletów. Nie zaczęłam w zeszłym tygodniu. Zaczęłam w ZESZŁYM ROKU. Po drodze kupiliśmy nową patelnię /dobra patelnia jednak dużo robi/ i każdy kolejny omlet wychodzi mi coraz lepiej! Trwałam w tym i trwałam, aż w końcu złamałam rodzinną "klątwę" i nauczyłam się robić omlety /a co za tym idzie inne formy smażone też/. Naleśniki również. Może nie jestem jakimś światowej sławy omleto-maker'em, ale jestem z siebie dumna. Byłam wytrwała i osiągnęłam cel - zrobić omlet. Czy musiało mi to zająć tyle czasu? I tak, i nie. Nie, gdybym jadła omlety codziennie /kilka dni pod rząd jest zdecydowanie za dużo/ mogłoby to zająć mi mniej czasu. Tak - bo taka była moja prędkość uczenia się. Za każdym razem mogłam wyciągać coraz to nowsze wnioski dotyczące nagrzania patelni, ilości oleju, wyglądu omletu, który jest już gotowy do przewrotu. Było to szalenie inspirujące, a przede wszystkim rozwijające. Można by pomyśleć - zwykły omlet, a ile przemyśleń. A jedno z nich najważniejsze - musiało mi to zabrać jakiś czas. Pochłonęło go i dało mi nową umiejętność.

Wiem doskonale, że są ludzie, którzy w mig okazują się być mistrzami w danej rzeczy. Ci również jednak potrzebują "chwili" /dłuższej lub krótszej/, aby coś "załapać".


Tak jest również z moim angielskim. Mieszkamy w Polsce - kraju, gdzie każdy coś po angielsku może i powiedzieć umie, ale się wstydzi /to się na szczęście zmienia/. Teoretycznie uczymy się go już od przedszkola, zaczynając od podstaw, aby z każdym kolejnym rokiem wspinać się na wyższe poziomy. Teoretycznie. Praktycznie wygląda tak, że nic nas do tego nie zachęca - nauczyciel z powołania zdarza się raz na milion - a raczej demotywuje. Nie ma też zbyt dużej przestrzeni, do swobodnego ćwiczenia mówienia. To się na szczęście też zmienia. Raczej zmienia się też, gdy ktoś postanawia się za swój angielski "wziąć". Moje "doskonalenie" angielskiego postanowiłam sobie jakieś dwa lata temu. Wtedy to też wyjechaliśmy do Kanady z chórem, a ja przypisana byłam do pracy w sklepiku, w którym po koncertach sprzedawaliśmy nasze rzeczy. Wiedziałam już o sobie to, że czasami potrzebuję czasu, aby się rozkręcić i zacząć płynnie mówić po angielsku. Czasami była to godzina. Później wystarczyło pięć minut. Zostałam postawiona przed faktem dokonanym - "Dobrze. Mój angielski jest jaki jest. Ja jednak muszę gadać z tymi ludźmi, którzy chcą od nas coś kupić." Więc zaczęłam mówić. Kiedy czegoś nie rozumiałam - pytałam. Czy to wprost rozmówcę czy współtowarzyszy z Polski. Kiedy wróciłam nie przestałam się rozwijać. Zaczęłam czytać broszury po angielsku, które stamtąd przywiozłam. Potem przyszła pora na książki. Wolno szło, ale szło. Seriale z napisami po angielsku. Filmy z napisami po angielsku. Czytanie artykułów. I rozmawianie - zawsze da się znaleźć jakiś sposób. A rozmawianie jest bardzo ważne. Minęły dwa lata od tego okresu, a ja mogę powiedzieć, że zrobiłam ogromny krok. OGROMNY. Sama sobie się dziwię i zazdroszczę tego, na jakim poziomie obecnie jestem. Wiem, że można jeszcze bardziej. I nie chcę się zatrzymywać.
Czego mnie to nauczyło? Wytrwałości i systematyczności. Bo niećwiczona rzecz odchodzi w zapomnienie. Nie osiągnęłam tego w miesiąc. Można by rzecz, że pracuję nad tym od przedszkola, a najlepiej mi idzie od ostatnich dwóch lat :D DWA LATA. To bardzo dużo. Nie jest też tak, że codziennie robię jakieś ćwiczenia czy angielskie rzeczy, chociaż chciałabym. Wciąż jest sporo rzeczy, których nie rozumiem, ale i na nie przyjdzie pora. Zrobię kolejny ogromny krok i będzie to moją kolejną dumą :)



Puentując i kończąc - daj sobie czas ze wszystkim. Mówię serio. Nawet pranie Ci się w pięć minut nie zrobi, a przepis na "szybki bigosik" zajmuje całą godzinę - w praktyce oczywiście więcej /nie wspominając, że moja książka kucharska twierdzi, że na taki porządny bigos potrzebuję trzech godzin, a krążące legendy mówią o dobie, a nawet trzech!/.

Za czym tak pędzisz, że szukasz wszystkiego "szybkiego"? Na co zużywasz zaoszczędzony czas?


Zwolnij.
Daj sobie czas.
I obserwuj jak się to wszystko rozwija i zmienia :) Łącznie z Tobą :)

kończąc ten wpis wpadła mi prawie idealna piosenka dotycząca czasu, który jest potrzebny, aby się wznieść na wyżyny!



0

Studio Accantus - Gdy wierzysz (Książe Egiptu)

0

100 rzeczy, które powinieneś wiedzieć, zanim gdziekolwiek pojedziesz - część VII

aura zaczęła sprzyjać podróżom, więc i ja zamieszczam ciąg dalszy :)

61) Nie bierz jednej pary butów - a jak przemokną?

Buty to dla mnie wciąż mały problem - ile i jakie. Optymalna liczba to dwie pary i to takie wygodne, w których ostatecznie, gdyby zaszła taka potrzeba, chodziłbyś, nawet, gdyby ta druga zaginęła/zepsuła się/zamokła. Obuwie wygodne czy dobrze zabudowane? Lekkie czy przewiewne? Nie wiadomo co nas spotka. Ponieważ japonki są ultralekkie i sprawdzają się dla mnie wszędzie, to są moją ekstra parą. Tak to trampki plus sandały? To naprawdę zależy od tego, gdzie jadę. Jedno wiem na pewno - muszą być sprawdzone i wychodzone przeze mnie. Ewentualne zażalenia będę mogła kierować tylko do siebie ;)

62) Jeżeli czujesz, że potrzebujesz snu to go uzupełnij!

Zaskakujące, ale prawdziwe ;) Chociażby się paliło i waliło bądź wypoczętym podróżnikiem. Mi osobiście czasami wystarczy, że sobie poleżę i po prostu odpocznę. Nic tak nie regeneruje, jak sen. Nie alkohol, nie jedzenie, nie dzikie harce do wczesnego ranka - najzwyklejszy zdrowy sen :)



63) Oprócz ubrań weź też jakieś dodatki - kolczyki, bransoletki, pierścionki.

Osobiście nie czuję presji w tym kierunku. Szkoda mi ich trochę brać - a jak się zgubią? Mogę tylko się domyślać, że nawet jeżeli nie czułabyś się w pełni kobieco w brudnej sukience czy spódnice, to takie dodatki zrobią swoje ;) A pierścionek.. sam pierścionek się przyda - w niektórych krajach może to być jedyny ratunek przed natrętnymi kochasiami ;)

64) Jeżeli będziesz pływać w rzece lub jeziorze - weź gumowe buty. 

Mogę to potwierdzić co do wybrzeża chorwackiego - i plaża, i dno usiane są kamieniami, a w wodzie pomiędzy nimi kryją się jeżowce - małe, czarne i niepozorne zwierzątka, które kolcami mogą wyrządzić krzywdę stopie. Chyba nie chcesz spędzać wakacji w szpitalu bądź z nogą w opatrunku? Czasami też, ilość śmieci pływających w takich miejscach, może Cię zaskoczyć. Mi osobiście wyobraźnia się rozkręca w momencie, gdy smyra mnie jakiś glon pod wodą.. Szkoda trochę tracić miejsce na takie buty, jeżeli jednak wiesz, że nie będziesz wskakiwać do takich miejsc, to odpuść sobie. Za granicą, przy większych zbiornikach będziesz mógł kupić buty na miejscu :)

65) Przed wyjazdem spakuję się przed wyjściem na imprezę i wypiciem jakiegokolwiek alkoholu.

Można to zrozumieć na dwa sposoby - wyjeżdżasz gdzieś i przed wyjazdem idziesz na imprezę mocno zakrapianą. Nie wiadomo ile będziesz z niej pamiętał, a tym bardziej tego w jaki sposób znalazłeś się w swoim łóżku. Warto zaoszczędzić ten poranny czas i nie zastanawiać się czy aby na pewno wszystko wziąłeś.
Drugim sposobem jest to wszystko co powyżej, ale w odniesieniu do zmiany hostelu - czyli jedziesz w swojej podróży dalej, ale chcesz spędzić czas z poznanymi ziomkami w hostelu. Spakuj się przed. Będziesz sobie później dziękować ;)
/ah, ale się rozmarzyłam, że gdzieś tam właśnie ludzie siedzą w hostelu i podróżują../

66) Weź ze sobą adapter do kontaktu!

Jeżeli jeździsz z kraju do kraju - weź tym bardziej. Jeżeli nie zgłębiałeś wcześniej tajników specyfikacji danego kraju i z góry założyłeś, że wszystko wszędzie jest już takie same, to możesz się bardzo zaskoczyć. Jeżeli jednak podróżujesz tylko do jednego kraju, to sprawdź wcześniej, czy naładujesz sobie telefon bez problemu ;)

67) Zawsze zarezerwuj sobie pierwszy nocleg w danym mieście.

No chyba, że jesteś "hardkorem" i stawiasz odważne kroki wiary idąc na żywioł. Jeżeli marzy Ci się, że na miejscu poznasz kogoś, kto Cię przygarnie za darmochę do siebie i w ogóle będzie cacy - to nie wiem czego się naoglądałeś albo kogo się nasłuchałeś. Owszem, może Ci się to przydarzyć, ale nie bierz tego za pewniaka. Zawsze, w takim wypadku, można rezerwację cofnąć, a /jeżeli była/ opłatę rezerwacyjną przeboleć. Moje doświadczenie /małe, własne, ale ciasne/ żałuje, że czasami nie miałam gotowych noclegów. Czasami już prawie wybierałam nocleg w jakimś parku, gdy Bóg mi błogosławił. Ilość stresu przeżytego wtedy nie była najlepszą częścią podróży, dlatego zachęcam do rezerwacji - w szczególności, gdy nie masz zamiaru tak szybko opuszczać miejsce zwiedzania.



68) Nie musisz wysyłać pocztówki w kopercie - i tak zaginie.

Nigdy bym nie wpadła, że można wysłać pocztówkę w kopercie. Bo co, inni przeczytają? Jak ma dotrzeć, to dotrze, a mało jest przypadków, że nie dociera. Ja się wycwaniłam jeszcze bardziej i wysyłam je z Polski do ludzi, którzy ich oczekują :) Koszt znaczka w Polsce mniej boli.

69) Sprawdź ile alkoholu i papierosów możesz przewieźć.

Dotyczy się pewnie tych, co chcą przywieźć takie pamiątki i przejeżdżają przez granice, gdzie nie ma strefy Schengen. 

70) Lecisz samolotem? Sprawdź jakim autobusem dojedziesz z lotniska do centrum.

BARDZO WAŻNY PUNKT. Będziesz sobie później dziękować. Sprawdź najlepiej każdą opcję, jaka istnieje - te cholerne autobusy czy dojazdy potrafią być szalenie drogie. W szczególności, gdy dane lotnisko, z nazwą miasta, od tego miasta znajduje się jedyne 100km. Zrób wszystko, co możesz, aby dowiedzieć się, jak dostaniesz się do miasta. Naprawdę.



to chyba na tyle
już tak dawno nie podróżowałam, że zapomniałam jak to się robi :P
obym wkrótce to nadrobiła ;)
0

#bucketlist 55

by Luiza

55) Wejść na drzewo
Proszę Państwa! Stoję. Na drzewie :D
Szkoda, że tego nie widać na zdjęciu /nie dało się też go inaczej zrobić/, ale to drzewo jest jeszcze dłuższe - te pokrzywy zasłaniają rów, w którym się ono znajdywało.
Nie wiem, weszłam może na 5 metrów? :D
Z początku było trudno. Czułam skrępowanie. Czułam, że nie jestem taka wygimnastykowana i sprawna, aby wbiegać na drzewa. Ręce bolały, obtarłam nogi, prawie spadłam z kilku drzew, ale.. po kilku razach nabrałam odwagi. A tak odwaga towarzyszyła mi później w kilku innych projektach i dniach..
Dzięki Luiza za ten czas i za wsparcie :)
Nauczyłam się, że bardzo wiele dobrych pomysłów umiera, bo ktoś postanowi na nie odpowiedzieć "ale słabe", "na pewno Ci się to nie uda". Szkoda, że tak się dzieje. Od dziś ja popieram cudowne marzenia i pomysły :)
Do wejścia na drzewo zainspirował mnie Łukasz Długowski - Mikrowyprawy
0

kiedy samotność tyłek ściska



Zauroczenie. Zakochanie. Miłość. Związek dwóch osób. Radość. Trzymanie za ręce. Przytulanie się. Całowanie. Małżeństwo. Dzieci. Endorfiny. Szczęście. Spełnienie. Koniec samotności. Wspólna droga.



Ugh, jak wiele osób desperacko czeka na spełnienie się tego wszystkiego. Jak wiele osób desperacko szuka miłości w każdej dziedzinie swojego życia. Dlaczego to jest takie ważne, że wszyscy skupieni są wyłącznie na tym? Czemu skupieni pozostajemy na tym, że dopiero, gdy TO osiągniemy, będziemy szczęśliwi? Czemu rozglądamy się tak uparcie za przyszłością?

Drogie Panny. Drodzy Kawalerzy. Wszyscy, którzy jesteście teraz „singlami”. To nie tak. Czy coś jest z Waszym życiem TERAZ nie tak, że trwacie w ciągłym oczekiwaniu na wymarzoną przyszłość? /odpowiedź „jestem sama/sam” jest odpowiedzią kupą. Lepiej ją zostaw dla siebie/

Stwierdzicie pewnie, że mam teraz zaburzony obraz patrzenia, bo „poszczęściło mi się” i znajduję się w tym cudownym stanie nirwany, zwanym związkiem. Też nie.

Nie doceniacie tego czasu, który teraz macie. Ani trochę. Skąd to wiem? BO BYŁAM W TYM MIEJSCU. Gwoli przypomnienia – każdy, kto jest teraz w parze/związku/małżeństwie, kiedyś też był SAM. Tak! Nigdy nie słyszałam o kimś, kto się urodził z obrączką na ręce!

Ludzie podświadomie nie lubią momentów, kiedy jest trudno i szukają prostszych rozwiązań. Związek nie jest prostszym rozwiązaniem. Może Wam się wydawać, że gdy dodacie do tego całą tę burzę hormonów i emocji, to ukaże się wymarzony Eden. Może i tak, ale i tak na chwilę. 

Bycie singlem jest.. najfajniejszym czasem ever. Bycie singlem jest.. Najłatwiejszym, najprostszym i najpiękniejszym czasem ever. Pluję sobie w brodę, że nie wykorzystałam go w pełni i idąc za światowymi pragnieniami i rządzami próbowałam wepchnąć siebie samą w jakieś śmieszne relacjo-związki. Broń Was, Panie Boże. 


Wasze „pojedyncze” życie ma ogromny potencjał. Wasze „samotne” życie ma wachlarz możliwości. Problem stwarzacie sobie sami. Jesteście ośrodkiem Waszych problemów, które zaczynają się w Waszej głowie. Nie czyjejś. Nie mojej. Tylko Twojej. Jak się posadzisz na kanapie przez telewizorem/laptopem do smutnego filmu, po którym jeszcze Ci smutniej, to nie mów mi, że jam Ci to uczyniła albo sąsiad zza ściany. Dobra, to był słaby przykład. Idźmy dalej.

Jeżeli siedzicie i zamartwiacie się, czy aby na pewno kosmos/wszechświat/a-może-Bóg (odpowiedź: Bóg. Sprawdzone info) dla mnie kogoś na starość przewidział, to marnujesz swoje życie. Tak. Możesz się ze mną nie zgodzić, ale ja w kontrze zadam Ci pytanie. Czujesz, że dzięki Twoim zmartwieniom rośniesz w siłę? Czujesz, że żyjesz pełnią życia dzięki nim? Spokojnie, nie obrażę się, gdy teraz przyznasz mi rację.

Byłam w tym miejscu. Narzekałam. Płakałam. Błagałam. Szukałam. Biegałam za facetami. I miałam siebie samej dość. Męczyłam się. Nie miałam do siebie szacunku. Nie rosłam w siłę, a wręcz ukrywałam swoją wartość przed światem. 

Przyszedł do mojego życia Bóg i powiedział „jesteś wolna od tego”. Ale wolna od czego?
Jestem wolna od presji społeczeństwa, która wmawia nam, że nadrzędnie potrzebuję partnera. Świat się skończy, jeżeli jeszcze nanosekundę będziesz sam/sama. Bez partnera jesteś niepełną osobą i w ogóle jak śmiesz chodzić w takim stanie po ulicy.

A ja chodziłam. Wolna od tego. Bóg dał mi wolność i rozpoczął naukę. Chciałabym się nią z Wami podzielić. 



Nie wiem, czy wiecie, ale nie żyjesz tutaj na ziemi, aby żyć w związku. Tak, to prawda. To nie jest główny cel Twojego życia. Ja wiem, że macie ogromne i niegasnące pragnienie zwane „ZWIĄZEK”. Prawie każdy je ma. 

Zostaliśmy stworzeni przez Boga i dla Boga. Jeżeli zaczniesz od tego, to wszystko inne zaczyna się układać. Za tym idzie kolejna informacja, że nasz ziemski czas, jest innym od Bożego czasu i.. Bóg dotrzymuje obietnic oraz błogosławi w najodpowiedniejszym DLA NIEGO momencie. Nie dla mnie. Dla Niego. Kwestia zaufania Bogu.

Dobra, skoro jestem wciąż sama, to co to znaczy? Coś ze mną jest nie tak? Możliwe /bez obrazy!/. każdy z nas niesie jakiś bagaż emocjonalny. Bóg wciąż przede mną odkrywa, że WSZYSTKO, ale absolutnie WSZYSTKO potrzebuje czasu. Przeprowadzenie Cię w taki sposób, abyś był/była gotowy do związku może zająć absolutnie różny czas. U każdego inny. Ale to są już poboczne szczegóły. 

W takim razie co macie robić podczas tego czasu, skoro to nie jest jeszcze TEN czas? Żyjcie. Żyjcie pełnią życia. Zróbcie Bucket List i wyznaczajcie sobie cele. Podróżujcie. Czytajcie Pismo i książki. Zawierajcie relacje. Angażujcie się w wolontariaty, które nie tylko rozwiną Wasze talenty, ale również przyozdobią świat.



Zawiedzeni pewnie jesteście. Nie ma niestety żadnej złotej reguły, która by sprawiła, że za tydzień będziesz w związku. Jeżeli teraz nie jesteś i nie będziesz za tydzień, to Bóg tego dla Ciebie nie chce. Nie wiem, czy wiecie, ale On chce dla nas jak najlepiej.

Jeżeli spotkam na swej drodze kogokolwiek, kto siedzi na dupsku, narzeka na brak partnera i marnuje swój cenny czas, to.. Przełożę przez kolano i /jak to powiedziała ostatnio Marta/ będę patrzeć jak puchnie :P

Tylko teraz macie czas i SIŁĘ, aby dokonać niesamowitych rzeczy, które dadzą świadectwo Wam samym oraz całemu światu. Teraz. Nie dopiero jutro, czy za tydzień. A już na pewno nie w związku. Związek to totalnie inna para kaloszy.. Twoje ewidentnie jeszcze są Ci za duże :)

Jeżeli wierzycie w to, że Bóg faktycznie ma dla Was same dobre rzeczy, to powinniście wywnioskować również to, że przyjdzie czas, że znajdziecie swojego drugiego kalosza i tym razem będzie to piękna para :) 

Jaki będzie Wasz następny krok? Co zrobicie za chwilę dla siebie? Co zrobicie dla innych? Pragnę tylko przypomnieć, że przewijając facebooka nie rozwijasz siebie :)

Uśmiecham się do Was wszystkich

I pragnę sprostować myśl, która mogła zrodzić się Wam podczas czytania tego wpisu: w związku jest fajnie :) Ale INACZEJ :)

Mówię to ja, zajęta Koossa od 15 dni :D
nie, to nie ja z lubym :D

/tekst autoryzowany przez Lubego/
1

Bitamina - Dom

jednak mnie przekonało

0

#bucketlist 23

zdj by RC, SlotArt2017



23) Pojechać na Woodstock, SlotArt Festiwal, Opener Festiwal

Slot Art zaliczony. Możecie o nim przeczytać tutaj.
Całkiem ładnie się o nim rozpisałam, więc myślę, że jest co czytać i ze mną przeżywać :)
Udostępniam również zdjęcie, które zostało na bank zrobione podczas śpiewanej dla mnie piosenki. Uśmiech na ustach do dziś za to wydarzenie! <3


Na Woodstocku też byłam. Jeszcze o tym nie napisałam, ale wiecie - czas nadrabiania nadszedł /choćby teraz/ :) Byłam i przerażona, jak i zmęczona i zachęcona :)
Więcej już niedługo :)


Część pozycji bucketlistowej została spełniona. Czy Koossa trafi kiedykolwiek na Opener'a? Let's have a see :)
0

#bucketlist 116

http://www.jumparena.pl/images/about_img.jpg

116) Iść na trampoliny
Byłam. Skakałam. Odważyłam się zrobić salto w przód w pianki :)
Można dokupić skarpetki do wejścia z anty poślizgiem. Po godzinie skakania w pianki wyglądają one mniej więcej tak: /Twoje całe ubranie też/

Wiem też jedno - ubieranie jakiejkolwiek sukienki na trampoliny /nawet, gdy masz kolarki pod/ nie jest najlepsiejszym pomysłem ;)
0

#bucketlist 140


140) Przejechać się traktorem
Ci sami gospodarze byli tak kochani, że pozwolili mi się przejechać ciągnikiem. W punkt mam wpisany traktor, ale uważam cel za spełniony :)
"-Gosia, wduś sprzęgło!
- No depczę, ale nie wskakuje mi bieg
- Musisz wdepnąć mocniej.."
;)
Polecam, rozpędza się jak tornado :D

0

#bucketlist 57


by Luiza
57) Wydoić krowę

To było tak, że Luiza mieszka na takiej większej wiosce. Niedaleko ma znajomych, którzy mają gospodarstwo składające się z krów, świń, prosiaczków i paru ciągników.
Nie wiedziałyśmy czego konkretnie się możemy spodziewać. Gospodarze zgodzili się nas przyjąć, abyśmy wydoiły krowę. Skończyło się na tym, że byłyśmy przemile goszczone przez następne 3 godziny, poczęstowane pysznym ciastem (poległam z glutenem), zasmakowałyśmy wydojonego przez nas mleka i zasmakowałyśmy wiejskiego białego serka (jaaaaamiii!!!). Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i zapytałam też o traktor.. ale to już w innym wpisie.
Czy dojenie jest trudne? Podobno tak! Piszę podobno, bo ja dałam radę. W końcu - szybko się uczę :)
Poniżej filmik od Luizy :)





PS
Tak, pachniałyśmy później obornikiem. Tak, gdy byłyśmy w sklepie stwierdziłyśmy, że powinnyśmy mieć na pleckach kartkę z napisem "zbliżasz się na własną odpowiedzialność" xD
0

Janek Samołyk -Codziennie

0

Superfoods na podróż - Koossa smakuje

Ilekroć jadę w podróż staram się wziąć ze sobą jakąś wałówkę bądź zaplanować na posiłki w miarę mądrze, ale zdrowo. Nie wiem jak wy, ale mój organizm się dosłownie broni po kilku dniach jedzenia wszelkich wytworów "instant" i błaga o pomidora :P

Ostatnio dość filozoficznie stwierdziłam, że żeby mieć coś swojego "sprawdzonego" (jak np ja fryzjerkę), to trzeba jednak spróbować danej rzeczy z kilku źródeł, aby z czystym sumieniem stwierdzić TAK, TO TEN. /no dobra, niektórym udaje się to za pierwszym razem, przy czym dla mnie nie jest to dość obiektywne/.

Podczas sporadycznych zakupów w różnych dyskontach typu Lidl czy Rossman można natrafić na fajne okazje cenowe, które pozwalały mi zasmakować tych wszelkich "superfoods".

Oczywiście, staram się unikać dań z glutenem. Dlatego wszelkie makaronowe zupki, tak dotychczas przez mnie uwielbiane, omijam szerokim łukiem i dorzucam grosza do czegoś "lepszego".

No właśnie. Czy na pewno lepszego?
Mogę Wam z czystym sumieniem polecić /w tym wpisie/ aż trzy produkty, które udało mi się posmakować i stwierdzam, że dobre. I smaczne. I nie czułam się jak po zjedzeniu połowy tablicy Mendelejewa. 

Do góry widzicie VIFONa. Skusił mnie ten ryż. Do wyboru miałam jeszcze ostry, ale moje dość delikatne kubki smakowe stwierdziły, że może nie tym razem :P
Zaskoczyło mnie w środku to, że wkład z mięskiem był osobno w specjalnym opakowaniu przypominającym wyglądem pasztet :D Po przyrządzeniu - nie pamiętam dokładnie jak, ale na pewno obyło się bez dodatkowego gotowania - tylko proste zalanie wodą - mogłam posmakować smacznego ryżu z kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym. To było super. Naprawdę! Niestety, nie sprzedają tego w regularnych sklepach typu Biedronka, ale jakbyście widzieli to jest to dość optymalną opcją do zabrania w góry :)
Minusem może być tylko wielkość, bo nie da się tego w żaden sposób skompresować. Chyba, że.. przepakujesz zawartość do czegoś mniejszego, a danie przygotujesz w swojej menażce ;)



Następnym daniem, które próbowałam, była ta kasza.
Też była całkiem smaczna, a ja dodatkowo urozmaiciłam ją sobie dodatkami w postaci mięska i jakiegoś warzywka.
Nie była ona również w żaden sposób trudna do przyrządzenia. Muszę tylko przyznać, że troszkę kosztowała ta paczuszka. Dorwałam ją wprawdzie na promce, ale nie wiem, czy normalnie bym ją sobie kupiła ;)










Ostatnim produktem, który zjadłam sobie na obiad dzisiaj jest ta kasza. Dorwana na promce w Rossmanie również nie należała do najtańszych. Była również troszkę trudniejsza w przygotowaniu, gdyż po zalaniu jej wrzątkiem musiałam ją gotować jeszcze przez następne 7 minut (czyli tutaj do wyparowania wody) nieustannie mieszając kaszę i prawie ją przypalając :P
Zaskoczyła mnie również tym, że nie ma napisane, że jest ostra, a ma w sobie suszoną kolendrę, imbir oraz papryczkę chilli. Dopiero po pierwszym kęsie moje kubki smakowe się odezwały :D
Ja sobie dodałam do porcji pokrojonego kabanosa. Taka porcja myślę, że zaspokoiła mnie na dwie godziny i fajnie by mnie rozgrzała, gdybym chodziła właśnie po zimnym szlaku. Mężczyzna musiałby zjeść takich porcji z 5, aby się najeść :P

zdjęcie mi się nie chce odwrócić ;P

No cóż. Myślę, że na pierwszy rzut to tyle. Polecam Wam szukanie takich promocji na superfoods, bo można złapać małe co-nieco w góry, które Was nie struje :)
I mam jeszcze jedną cenną uwagę: ŻADNA FIRMA PRZEDSTAWIONYCH PRODUKTÓW NIE ZAPŁACIŁA MI ZA NAPISANIE POSTA O JEGO SUPERFOODS. Zrobiłam to sama z siebie, bo uważam, że warto się dzielić smacznymi rzeczami, które mogą również być ciekawymi sposobami na zapasy w podróży :)

Smacznego! :)

0

Oczyszczanie przestrzeni

Dwa lata temu ten tekst natchnął mnie do porządkowania przestrzeni w moim pokoju. Powolnego, ale porządkowania. Proces wciąż trwa. Zdążyłam się przeprowadzić na przestrzeń teoretycznie mniejszą niż miałam dotychczas w pokoju, ale wzięłam praktycznie wszystko. I się wciąż pozbywam. I wiecie co? Stwierdzam, że jest to ogromnie UWALNIAJĄCE.
Zachęcam do tego tekstu.
Podpisuję się pod nim obiema ręcoma.

Do jej porównań lubię dodawać - wyobraź sobie, że zaczyna palić Ci się dom/mieszkanie. Masz 15minut na uratowanie najważniejszych rzeczy. Co zabierzesz?
0

Feel-Good-Movie, czyli moje zestawienie filmów na dobre samopoczucie MAJ



Tak. Dobrze czytacie. Maj. Chciałabym bardzo przeprosić za braki, ale tak to jest, gdy ma się elastyczne godziny pracy :P Jednak czuję obowiązek, aby się poprawić i nadrobić.
Skoro niekoniecznie miałam czas na wrzucenie tutaj jakiegoś zestawu, to możecie sobie wyobrazić, że również niestety nie miałam zbytnio okazji aby oglądać filmy.. Coś tam jednak dla Was wyłuszczę i już się dzielę! :)

1. Sister Act 2

Ciąg dalszy przygód Whoopie Goldberg w sutannie. I znów rewelacyjna muza. Nic tylko oglądać, tańczyć i śpiewać :)


2. Julie&Julia

Smaczny film. Koniecznie oglądajcie po obiedzie. Poza tym ten film zainspirował mnie do zrobienia czegoś podobnego, tylko z jakąś prostą książką kucharską. Co mnie poruszyło w tym filmie? Mąż Julie.. Skradł moje serce


3. Legion Samobójców

Oglądnęłam ostatnio na odmóżdżenie. I powiem szczerze - całkiem pokręcona bajka, zabawna i oczywiście najprawdziwiej nieprawdziwa :) Wciągnął mnie nawet i muszę przyznać - całkiem dobrze dobrana muzyka :) Czasami przesadzali z ilością tej muzyki, bo początek filmu wygląda tak, jakby chcieli przyciągnąć widza fragmentami wielkich muzycznych hitów. Z resztą - posłuchajcie filmu na początku sami ;)



4. To właśnie miłość

Totalny "must be watched". Jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś, to prawdopodobnie nie zrozumiesz połowy moich tekstów oraz zachowań. Moment tańca Hugh'a Grant'a w brytyjskim parlamencie? Najlepsze "daaaa?!" na stwierdzenie, że przy żłobku z Jezusem było kilka ośmiornic.. Ahh, można by tak wymieniać i wymieniać :) KONIECZNIE :)


5. Holiday

Chciałabym kiedyś tak pojechać i popilnować czyjegoś domu. Może niekoniecznie od razu zakochiwać się w każdym, kto odwiedzi dom właścicielki, ale... witaj przygodo! Kocham w tym filmie Kate Winslet oraz Jack'a Black'a :)

Uff, to chyba tyle! Miło się robi, gdy się wspomina te Feel-Good-Filmy :)
To co, ja lecę może coś oglądnąć, aby było co na czerwiec wrzucić :D
Dobrego! :D
0

Kiedy spódnice idą w ruch, czyli koncert finałowy szkoły tańca flamenco "La Tromenta"


Jest taki dzień, raz do roku, kiedy na prawie dwie godziny przenoszę się do Hiszpanii.. będąc w środku Poznania!
Nie jestem w stanie powiedzieć od ilu lat - z przerwami niestety - chodzę na te koncerty. Nie obyłoby się oczywiście bez pewnej Szkolnej Mamki, która ten taniec tańczy i za każdym razem chodzę oglądać jej postępy oraz poczynania :)
Ten dzień za każdym razem jest specyficzny. Za każdym razem dzieje się w ten dzień wszystko, a ja zawsze staram się tam dotrzeć i wczuć się z wszystkimi w ten klimat :)

To jest dla mnie zawsze niesamowite ile emocji można wyrazić takim tańcem, klaskaniem, tupaniem, pstrykaniem, podnoszeniem ogona, rzucaniem chustą czy pokrzykiwaniem. Ja zazwyczaj czekam na moją ukochaną Buleria por Jerez, czyli taniec, gdzie ilka kobiet ustawia się w półkolu i zaczyna wybijać rytm z melodią i po kolei na solówki wychodzą tancerki :) mogłabym na to patrzeć bez końca! :)





Jestem pełna podziwu dla tych wszystkich kobiet za pomysł na ubiór, za upór, za trzymanie tempa i nie poddawanie się, gdy się nie tańczy równo. Bo przecież każda tańczy w swoim tempie :)

Dzięki chodzeniu na te koncerty mogę powiedzieć, że liznęłam trochę kultury i jestem w stanie rozpoznać z daleka po muzyce i odgłosach, że ktoś tańczy flamenco! /a miałam taką sytuację, więc nie wymyślam ;) /
Cóż więcej mogę rzec - w Poznaniu przepięknie ten taniec krzewi pani Kasia Burgiel. Jeżeli kiedykolwiek spodobała Wam się ta muzyka, bądź stroje, to z pewnością zechcecie pobiec na zajęcia! :)

PS
tak, ja też chodzę, aby sobie od czasu do czasu zakrzyknąć "vale!", "bien!" :D
0

Wracam do korzeni, czyli wyprowadzka do Poznania


Przyszedł na mnie czas. Na każdego kiedyś przychodzi. Kochasz rodziców całym swoim sercem, jednak czasami się ścieracie. Bo nie posprzątane, bo nie ma cię w domu za często. Przychodzi taki dzień, że chciałbyś po swojemu. Inaczej. Samemu. 
Bóg ekspresowo pobłogosławił mi miejscem w dwuosobowym pokoju. Super dziewczyny, duża przestrzeń, przepiękna lokalizacja i do tego kwota czynszowa, na którą nawet będzie mnie stać! :)

Mina na zdjęciu, bo po całym dni miałam już serdecznie dość pakowania. Miałam nadzieję, na maksymalnie 4 kartony najpotrzebniejszych rzeczy i kilka toreb z ubraniami, a wyszło z tego ok 40 rzeczy, krzesło, dwa namioty.. Eh. Już na wstępie, gdy zapakowałam książki, wyszły mi z tego 4 kartony.. :P

Przeprowadziłam się do Poznania. Czy na zawsze? Nie wiem, Bóg wie :) Ja się cieszę i widzę, że moje mieszkanko jest już błogosławieństwem - jedna mini próba Gospel oraz wieczór panieński za mną w ciągu 7 dni od przeprowadzki ;)

Może to niektórych z Was dziwić, ale ja tam jestem podekscytowana mieszkaniem. Bez rodziców. Wiem, że niektórzy z Was to już w liceum przeprowadzali się do większych miast, aby nie musieć dojeżdżać do szkoły niemożliwych odległości. I może Was dziwić moje podekscytowanie, ewentualnie stwierdzić, że nie ma się czym ekscytować. Pamietajcie, że dla mnie wszystko jest NOWE. Zaskoczeniem było to, że wiecie.. normalnie pasta do zębów w domu jest, proszek do prania, plastry czy leki. A teraz.. Trzeba było wszystko kupić.
Siłą się powstrzymuję, aby pobiec do Ikei, aby kupić "rzeczy potrzebne do nowego mieszkania". Problem w tym, że ja już większość rzeczy mam. Mieszkanie jest w pełni wyposażone, jeżeli chodzi o rzeczy w kuchni, meble czy nawet wieszaki :P

Będę się dzieliła z Wami moimi..nowymi przeżyciami :) A już na pewno jestem ciekawa co mnie czeka, gdy przeczytam sobie Jeżycjadę Małgorzaty Musierowicz - bo właśnie stałam się jej mieszkanką :)

Wiecie, co chyba zrobię? Wybiorę się na krótki spacerek z aparatem :)
Dawno nie ćwiczyłam sztuki fotografii. A coś czuję, że wypadałoby :)

Reasumując: jestem na nowym. Dla mnie nowym. Mieszkaniu, gruncie, etapie w życiu.
Póki co, zdążyłam rozwiesić ubrania oraz poukładać książki kolorystycznie /czemu ja na to wcześniej nie wpadłam! Wygląda to cudownie! :3/



Kartonów wciąż kilka jest, ale jest we mnie również pragnienie pozbywania się rzeczy :) Niech służą innym :)

tak to wyglądało..

0

Translate

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.