Spadłam z drzewa..

Przyznaj się - przyciągnął Cię tytuł! :D Byłeś ciekaw jak bardzo się połamałam/co znów szurniętego wymyśliłam i w którym szpitalu możesz mnie odwiedzić :D

To skoro już uchwyciłam Twoja uwagę, to pozwolę ją sobie wykorzystać :) :)

Lubię podróżować. Każdy, kto zostanie tylko dotknięty pasją podróżowania, zaczyna kombinować. W większości chodzi o ilość dodatkowej gotówki, sprzętu i wolnego w pracy. Bo przecież podróże to wydatek! I czas! Duuużo wolnego czasu..

Z czasem uświadamiasz sobie, że pieniędzy wcale dużo nie trzeba. Skąd jednak wytrzasnąć ten czas? Przecież, by zwiedzać odległe Barcelony i Mediolany nie starczy weekend. Trzeba dolecieć, dojechać z lotniska, rozpakować się i na spokojnie delektować się miastem, muzeami, barami, ludźmi.

No fakt. Nie do ukrycia. Cóż jednak począć, gdy czasu tylko w ilości weekendowej, a pragnienie przeżycia przygody nie gaśnie? Każdy już nie-początkujący podróżnik wie, że pasja ta uzależnia /na szczęście, najczęściej!, jest to pozytywna odmiana uzależnienia/ i nie można tak raz w roku się podróżniczo dokarmić. Z czasem chce się więcej i więcej.

O książce Łukasza Długowskiego usłyszałam, gdy pojawiała się na rynku podróżniczych książek. Mimochodem wspomniałam na moim facebookowym fanpage'u, że się zainteresuję. W piątek, przed świętami, odwiedziłam poznański Arsenał i zobaczyłam właśnie JĄ! Książkę o mikrowyprawach..
Stwierdziłam - zaryzykuję, może dowiem się czegoś NOWEGO..
I się dowiedziałam. Niby odkryłam w tym roku, że nie dla mnie zwiedzanie miast. Niby odkryłam, że Polska ma bardzo wiele do zaoferowania, a my tylko cudze chwalimy. Dojrzałam, że zanim wyruszę w szeroki świat poznam moja ojczystą ziemię. Owe stwierdzenia pozostały jednak frazesami /niestety/ rzuconymi na wiatr. Łukasz przypomniał mi, w czym rzecz.

Wiele razy słyszałam stwierdzenie, że prawdziwa przygoda czeka tuż za furtką. Tak się obsłuchałam, że straciłam sens tego zdania.
Dzisiaj miałam przyjemność /i to najwyższą/ doświadczyć tej przygody. I to zaraz za furtką.

Zainspirowana książką o mikrowyprawach nie mogłam dłużej wysiedzieć w domu /a w nocy nie mogłam z wrażenia spać/ i wyszłam na spacer do lasu. Tak, do takiego zwykłego lasu, którego widzę z kuchennych okien mego domu, zaraz za obwodnicą.

Łukasz twierdzi, że największą rzeczą, która nas powstrzymuje przed przeżyciem przygody są wymówki.
Czas? Wystarczy 3godzinne wyjście do lasu, aby coś przeżyć lub naładować baterie
Pieniądze? Wejście do lasu kosztowało mnie dokładnie 0 zł. Czekolada, którą wzięłam w razie posiłku była darowana, a ciepły napój do picia w termosie też darmowy
Sprzęt? Mam. Wszystko co potrzebne mam, a jak nie mam to z pewnością mają moi znajomi, od których bym pożyczyła. Ja mam to szczęście, że mam, a nawet jak nie, to znajdę kreatywny zamiennik.
Czy ktoś widzi jeszcze jakieś? Tutaj można jeszcze dodać własne nastawienie, jednak jeżeli czujesz o czym mówię, to pewnie kipisz cały od pragnienia przygody :)

Książka o mikrowyprawach zachęca do tego, aby przygody przeżywać a) blisko swojego miejsca zamieszkania, b) po taniości, c) w prosty, a jednak wyszukany sposób. Mikro, bo nie trwa tydzień, a od kilku godzin do dni paru. Mikro, bo oszczędnie, ale z pomysłem.


I poszłam.
Moja pierwsza mikrowyprawa była do pobliskiego lasu.



 MIKROWYPRAWA NR 1
Miejsce: Lasy na terenie gminy Rokietnica, przy Bytkowie
Czas: 3h
Sprzęt: aparat, termos, jedzenie
Koszt: 0 zł
Poziom trudności: brak

Wracając do drzewa.. :D Faktycznie się wspięłam na jedno. Całe porośnięte mchem. Podkusił mnie wpis na mojej bucketowej liscie i stwierdziłam, że potrenuję. Szło mi całkiem nieźle. Udało mi się nawet cyknać zdjęcie :D

Kiedy łakoma wysokości, zaczęłam wspinać się dalej, nagle się ześlizgnęłam. Trzymana gałąź i z prawej, i z lewej zawiodła i się złamała.
PRZEMYŚLENIE ROKU: Zawsze mi się wydawało, że podczas spadania skądkolwiek będę miała tę nanosekundę przebłysku, żeby się w powietrzu ustawić, coś schować, wyrzucić.. Ledwo skończyłam myśl, że fajnie by było wylądować na miękkim i na tyłku, a już leżałam na ziemi. Na szczęście, była to wysokość około 2 metrów, ale zaskoczenie było :D
GRAWITACJA DZIAŁA - SPRAWDZIŁAM :D

Tak więc, tytułowo spadłam z drzewa. Nic nie złamane, kurtka brudna, ewentualnie mały siniak pod paznokciem, bo się mech pod paznokieć wbił. Kiedy się już pozbierałam, stwierdziłam, że to było najfajniejsze co mogło mi się, póki co, przytrafić i poszłam dalej :D Wierzcie mi, chwilę później spotkałam ludzi i kiedy mówiłam im dzień dobry, to mogę się założyć, że pomyśleli, że tej kobiecie zęby się nie mieszczą w buzi - tak szeroki uśmiech miałam :D :D :D


Dalej już tylko cisza, błotko, natura, ślady koni i saren. W pewnej chwili zauważyłam w oddali ambonę, czyli punkt widokowy w lesie. Z natury takie obiekty są zamknięte na kłódkę i panuje ogólny zakaz wchodzenia, jednak stwierdziłam, że przygoda to przygoda!

Całość trwała jakieś 3 godziny - z wyjściem i przyjściem do domu. Kiedy zauważyłam, że jestem już dwie godziny poza domem, to trudno mi było w to uwierzyć, bo czułam się, jakby dopiero minęło 15 minut!
Cóż mogę więcej powiedzieć. Polecam? Koniecznie! Jutro idę się mikrowyprawować dalej. A w środę może obejdę Jezioro Kierskie.. :)



kamień z rogami :3

#mikrowyprawa

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Translate

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.