Feel-Good-Movie, czyli moje zestawienie filmów na dobre samopoczucie MAJ



Tak. Dobrze czytacie. Maj. Chciałabym bardzo przeprosić za braki, ale tak to jest, gdy ma się elastyczne godziny pracy :P Jednak czuję obowiązek, aby się poprawić i nadrobić.
Skoro niekoniecznie miałam czas na wrzucenie tutaj jakiegoś zestawu, to możecie sobie wyobrazić, że również niestety nie miałam zbytnio okazji aby oglądać filmy.. Coś tam jednak dla Was wyłuszczę i już się dzielę! :)

1. Sister Act 2

Ciąg dalszy przygód Whoopie Goldberg w sutannie. I znów rewelacyjna muza. Nic tylko oglądać, tańczyć i śpiewać :)


2. Julie&Julia

Smaczny film. Koniecznie oglądajcie po obiedzie. Poza tym ten film zainspirował mnie do zrobienia czegoś podobnego, tylko z jakąś prostą książką kucharską. Co mnie poruszyło w tym filmie? Mąż Julie.. Skradł moje serce


3. Legion Samobójców

Oglądnęłam ostatnio na odmóżdżenie. I powiem szczerze - całkiem pokręcona bajka, zabawna i oczywiście najprawdziwiej nieprawdziwa :) Wciągnął mnie nawet i muszę przyznać - całkiem dobrze dobrana muzyka :) Czasami przesadzali z ilością tej muzyki, bo początek filmu wygląda tak, jakby chcieli przyciągnąć widza fragmentami wielkich muzycznych hitów. Z resztą - posłuchajcie filmu na początku sami ;)



4. To właśnie miłość

Totalny "must be watched". Jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś, to prawdopodobnie nie zrozumiesz połowy moich tekstów oraz zachowań. Moment tańca Hugh'a Grant'a w brytyjskim parlamencie? Najlepsze "daaaa?!" na stwierdzenie, że przy żłobku z Jezusem było kilka ośmiornic.. Ahh, można by tak wymieniać i wymieniać :) KONIECZNIE :)


5. Holiday

Chciałabym kiedyś tak pojechać i popilnować czyjegoś domu. Może niekoniecznie od razu zakochiwać się w każdym, kto odwiedzi dom właścicielki, ale... witaj przygodo! Kocham w tym filmie Kate Winslet oraz Jack'a Black'a :)

Uff, to chyba tyle! Miło się robi, gdy się wspomina te Feel-Good-Filmy :)
To co, ja lecę może coś oglądnąć, aby było co na czerwiec wrzucić :D
Dobrego! :D
0

Kiedy spódnice idą w ruch, czyli koncert finałowy szkoły tańca flamenco "La Tromenta"


Jest taki dzień, raz do roku, kiedy na prawie dwie godziny przenoszę się do Hiszpanii.. będąc w środku Poznania!
Nie jestem w stanie powiedzieć od ilu lat - z przerwami niestety - chodzę na te koncerty. Nie obyłoby się oczywiście bez pewnej Szkolnej Mamki, która ten taniec tańczy i za każdym razem chodzę oglądać jej postępy oraz poczynania :)
Ten dzień za każdym razem jest specyficzny. Za każdym razem dzieje się w ten dzień wszystko, a ja zawsze staram się tam dotrzeć i wczuć się z wszystkimi w ten klimat :)

To jest dla mnie zawsze niesamowite ile emocji można wyrazić takim tańcem, klaskaniem, tupaniem, pstrykaniem, podnoszeniem ogona, rzucaniem chustą czy pokrzykiwaniem. Ja zazwyczaj czekam na moją ukochaną Buleria por Jerez, czyli taniec, gdzie ilka kobiet ustawia się w półkolu i zaczyna wybijać rytm z melodią i po kolei na solówki wychodzą tancerki :) mogłabym na to patrzeć bez końca! :)





Jestem pełna podziwu dla tych wszystkich kobiet za pomysł na ubiór, za upór, za trzymanie tempa i nie poddawanie się, gdy się nie tańczy równo. Bo przecież każda tańczy w swoim tempie :)

Dzięki chodzeniu na te koncerty mogę powiedzieć, że liznęłam trochę kultury i jestem w stanie rozpoznać z daleka po muzyce i odgłosach, że ktoś tańczy flamenco! /a miałam taką sytuację, więc nie wymyślam ;) /
Cóż więcej mogę rzec - w Poznaniu przepięknie ten taniec krzewi pani Kasia Burgiel. Jeżeli kiedykolwiek spodobała Wam się ta muzyka, bądź stroje, to z pewnością zechcecie pobiec na zajęcia! :)

PS
tak, ja też chodzę, aby sobie od czasu do czasu zakrzyknąć "vale!", "bien!" :D
0

Wracam do korzeni, czyli wyprowadzka do Poznania


Przyszedł na mnie czas. Na każdego kiedyś przychodzi. Kochasz rodziców całym swoim sercem, jednak czasami się ścieracie. Bo nie posprzątane, bo nie ma cię w domu za często. Przychodzi taki dzień, że chciałbyś po swojemu. Inaczej. Samemu. 
Bóg ekspresowo pobłogosławił mi miejscem w dwuosobowym pokoju. Super dziewczyny, duża przestrzeń, przepiękna lokalizacja i do tego kwota czynszowa, na którą nawet będzie mnie stać! :)

Mina na zdjęciu, bo po całym dni miałam już serdecznie dość pakowania. Miałam nadzieję, na maksymalnie 4 kartony najpotrzebniejszych rzeczy i kilka toreb z ubraniami, a wyszło z tego ok 40 rzeczy, krzesło, dwa namioty.. Eh. Już na wstępie, gdy zapakowałam książki, wyszły mi z tego 4 kartony.. :P

Przeprowadziłam się do Poznania. Czy na zawsze? Nie wiem, Bóg wie :) Ja się cieszę i widzę, że moje mieszkanko jest już błogosławieństwem - jedna mini próba Gospel oraz wieczór panieński za mną w ciągu 7 dni od przeprowadzki ;)

Może to niektórych z Was dziwić, ale ja tam jestem podekscytowana mieszkaniem. Bez rodziców. Wiem, że niektórzy z Was to już w liceum przeprowadzali się do większych miast, aby nie musieć dojeżdżać do szkoły niemożliwych odległości. I może Was dziwić moje podekscytowanie, ewentualnie stwierdzić, że nie ma się czym ekscytować. Pamietajcie, że dla mnie wszystko jest NOWE. Zaskoczeniem było to, że wiecie.. normalnie pasta do zębów w domu jest, proszek do prania, plastry czy leki. A teraz.. Trzeba było wszystko kupić.
Siłą się powstrzymuję, aby pobiec do Ikei, aby kupić "rzeczy potrzebne do nowego mieszkania". Problem w tym, że ja już większość rzeczy mam. Mieszkanie jest w pełni wyposażone, jeżeli chodzi o rzeczy w kuchni, meble czy nawet wieszaki :P

Będę się dzieliła z Wami moimi..nowymi przeżyciami :) A już na pewno jestem ciekawa co mnie czeka, gdy przeczytam sobie Jeżycjadę Małgorzaty Musierowicz - bo właśnie stałam się jej mieszkanką :)

Wiecie, co chyba zrobię? Wybiorę się na krótki spacerek z aparatem :)
Dawno nie ćwiczyłam sztuki fotografii. A coś czuję, że wypadałoby :)

Reasumując: jestem na nowym. Dla mnie nowym. Mieszkaniu, gruncie, etapie w życiu.
Póki co, zdążyłam rozwiesić ubrania oraz poukładać książki kolorystycznie /czemu ja na to wcześniej nie wpadłam! Wygląda to cudownie! :3/



Kartonów wciąż kilka jest, ale jest we mnie również pragnienie pozbywania się rzeczy :) Niech służą innym :)

tak to wyglądało..

0

Mój pierwszy SLOT

fot. Ola Zawada
To będzie długi wpis. Ale wybitny, piękny i pełen sentymentalnych wzruszeń. Zdjęcie takie nie bez powodu. Podpowiem, że jego bohaterką to wokalistka Mikromusic. Ale o tym później.

Może zacznę od tego, dlaczego pojechałam?
O Slocie słyszałam już od dobrych kilku lat. Wszyscy zachwalali, Ci, którzy jeździli jako wolontariusze wspominali ciężką pracę, ale ogólnie wszyscy pozostawiali po swoich opowieściach smaczny zapach. Przygoda.

Pomysł zrodził się, gdy szukałam możliwości praktyk na bycie managerem sceny. Akurat moja przyjaciółka z pracy, M., od wielu lat jest w ekipie backstage'u Dużej Sceny, dlatego propozycja pojawiła się dość szybko. Jednak.. jak już gdzieś jadę, to wolę wcześniej pojechać jako uczestnik i posmakować, czym to jest. Niestety, nie potrafiłam się powstrzymać i szybko trafiłam pod skrzydła Gosi J., która zajmowała się (nie wiem, czy akurat "w tym roku") Strefą Inicjatyw Społecznych. Co to za strefa? Zbiór chętnych Fundacji oraz Stowarzyszeń, które chcą pokazać czym się zajmują i w jaki sposób robią dobro. Gosia zgodziła się stworzyć dla mnie ultra lekki profil wolontariusza tak, abym jako pierwszak, mogła również ze Slotu skorzystać.


Na miejscu pojawiłam się już w niedzielę, 2 lipca. Jechałam z M i w prawdzie miałyśmy trzy godziny "obsuwy" - bo trzeba zjeść, bo trzeba sprawdzić, czy wszystko zostało zabrane, bo trzeba kupić trytytki, bo prosili, bo siusiu - jednak to była nasza wewnętrzna obsuwa ;)

Przyjechałam też trochę na gotowe, bo moja współnamiotorka - Marta - będąc w innej ekipie wolontariackiej - przyjechała jeszcze wcześniej, namiot rozstawiła, materac nadmuchała i do tego pożyczyła ciepłą owczą kołderkę, która nas uratowała w nocy. Ale o tym później.

Ciekawie było tak obserwować, jak wszystko się buduje. Całość ma miejsce na terenie starego zespołu Poklasztornego Cystersów. Słowem jednym: cud architektoniczny. Zabytek najwyższe wagi! A w tym wszystkim my - z taśmą, nożyczkami, ławami, stołami, namiotami - i innymi pierdołami - z pomysłem na duży festiwal. /matko, brzmię, jakby robiła go sama :P/

Na miejscu spotykałam wieeeeele ciekawych ludzi. Zabawnych i poważnych, kreatywnych oraz szalenie kreatywnych. Z całej Polski, a nawet zza granicy!
ah Ci medycy

A co ja sama przeżyłam na Slocie? Co on mi dał? a raczej, co ON mi dał :)
  • doświadczyłam super Bożego prowadzenia. Jestem pewna, że gdy jestem w trasie - czy to autostop, czy wyjazdy, to Bóg najbardziej się objawia, mówi i prowadzi,
  • nie macie, bo nie prosicie - ile rzeczy otrzymałam od ludzi! Bo rozmawiałam, bo poznawałam, bo byłam ciekawa ich życia. 
  • Bóg spełniał moje marzenia w taki sposób, że gdy sobie o nich pomyślę teraz, to na moją twarz wpełza przeogromny uśmiech-banan :) :) :)
  • ilu rzeczy się nauczyłam! a jaką mam listę rzeczy "do nadrobienia na slocie" na przyszły rok!
  • żartowałam i grałam z ludźmi. i z chłopakami z foodtracków /pozdrawiam Zapiexę oraz BigPaluch/
  • starałam się nie utrudniać, ale pomagać - szczególnie, gdy na każdym możliwym przejściu ochroniarze domagali się Twojej plakietki, to potem ją wysoko na wysokości ich oczu trzymałam ;)
  • poznałam niesamowite Fundacje, Organizacje oraz Stowarzyszenia na mojej strefie, które robią świetne projekty. Każda z nich poczęstowała mnie, przede wszystkim, naklejkami :D A Fundacja Sztuka dla Ludzi miała maszynę do robienia przypinek (tych na agrafkę zapinanych), więc możecie sobie wyobrazić co robiłam połowę slotu :D I dostałam od nich wspaniały kubek! <3
wieszanie wystaw nie jest jednak takie proste..



Moje marzenia spełnione przez Boga. Bo to jest tak, że nawet nie miałam śmiałości, aby zapragnąć tego szczerze swoim sercem. Moje mini marzenia miały raczej kształt luźnej myśli, że coś bym CHCIAŁA. Zachcianka jest zbyt dużym słowem, ale nie potrafiłabym chyba inaczej tego nazwać.
Oto, co mi się przydarzyło na Slocie:
  • Facet, który prowadził zajęcia z Basu, zaproponował mi swoją białą oponkę z napisem "I am second". Szukałam jej już od dłuższego czasu do kupienia, gdyż oglądam ostatnio tę serię na youtube.
  • dostałam list od nieznajomej. W przestrzeni rekreacyjnej na Slocie było takie pomieszczenie zwane ArtRoom'em. Podczas zwiedzania go zauważyłam miejsce do wysłania listu do Nieznajomego. Normalnie kartka, koperta i skrzynka. Oczywiście, nie mogłam nie wypisać listu, a równocześnie pomyśleć "nah, jest nikła szansa, przy 5 tysiącach osobach na Slocie, aby ja również takowy dostała". A tutaj proszę - ostatniego dnia, kiedy kończyłam w mojej strefie napis z nakrętek przyszedł chłopak, który zapytał mnie, czy przyglądałam się dzisiaj slotowym sufitom, bo dla takiej osoby ma właśnie list... YAY! :D
  •  Bóg dał mi siłę, abym w końcu pokonała swoją wewnętrzną barierę i zaczęła skakać. A konkretniej - zamysł był, abym umiała przeskoczyć przez płot. Jaki warsztat wydawał się być najodpowiedniejszym? Le Parkour. Po 20sto minutowej rozgrzewce na korytarzu - zapomnijcie już o posiadaniu czystych stóp oraz byciu rześkim i świeżym :P - rozpoczęliśmy skakanie przez skrzynię /taką, przez którą skacze się również na wf'ie/. Pierwszy podbieg skończył się gwałtownym zatrzymaniem przed skrzynią, po następnych dwóch prowadzący w końcu zorietnował się: "hej, Ty się boisz!" :P Były łzy, był moment, gdzie się już praktycznie ubrałam do wyjścia, ale wiedziałam, że jak teraz zrezygnuję to będzie to moją wielką przegraną. Natchnęły i zmotywowały mnie dwie rzeczy - Bóg i dwie dziewczynki, które najmłodsze z całej grupy przez cały czas skakały. Były one lekko przy kości /nie oceniam, tylko przedstawiam Wam sytuację/ i żadna z nich ani razu nie przeskoczyła poprawnie skrzyni, jednak próbowały one przez CAŁY CZAS! Pomyślałam sobie - Boże, przecież ja powinnam być ufna jak te dzieci! Przy następnym moim rozpędzeniu, zamiast myśleć o przerażającej mnie skrzyni, myślałam o tym, że skaczę dla Boga. I skoczyłam. Raz, drugi, trzeci. Z nogami pod kolanami, z nogami z boku, z nogami z przodu.. ALLELUJAH! :) :) :)
  • byłam ciekawa jak to jest jeździć na monocyklu /takie coś z jednym kółkiem, pedałami i siodełkiem/. Poszłam na warsztat i powiem szczerze, gdybym tak pojeździła przez te kilka dni, to bym się naumiała na tym jeździć :)
  • ciekawość zawiodła mnie również na warsztaty Improwizacji Scenicznej prowadzonych przez Teatr Improwizacji Jesiotr z Wrocławia. Była otwarta propozycja dla warsztatowiczów, aby na zakończenie Slotu wystąpić w Impro Show? To co? Kolejne marzenie spełnione - wystąpiłam w Impro Show z kilkoma warsztatowiczami, chłopakami z teatru i do tego po raz pierwszy miałam mikroport, czyli mikrofon wkładany na ucho (!). Tyle lat oglądania Whose Line'a aż w końcu sama mogłam posmakować improwizacji na scenie :) 
  • na zakończenie opiszę Wam coś, co nawet w życiu nie mogłam sobie wyobrazić, że coś takiego mogłoby kiedykolwiek mieć miejsce.
    Mikromusic to jeden z moich polskich ulubionych zespołów. Miałam przyjemność być już na ich jednym koncercie, a teraz nadarzyła się okazja, aby usłyszeć ich po raz drugi. Kiedyś pomyślałam sobie również, że chciałabym ich poznać. Byłam ciekawa kim są Ci ludzie, wokalistka, która ma głos przynajmniej jak kocyk ;) Odwiedziłam tego wieczora, kiedy Mikromusic grało na scenie, backstage, i kiedy tak sobie siedziałam padło pytanie, czy posiadam opaskę z kwiatkami w stylu hippie, bo wokalistka Mikromusic chciałaby ją pożyczyć. Opaskę miałam w domu, więc zaproponowałam zrobienie wianka. Przypomnijcie sobie teraz zdjęcie z góry postu.. :) :) :) W taki oto sposób poznałam Natalię G, kiedy poszłam dopasować wianek do obwodu jej głowy. Wianek może i nie był moim najlepszym dziełem, a sama do końca nie byłam pewna, czy Natalia zechce w nim wyjść. A jednak - wyszła, zaśpiewała, a w trakcie koncertu.. Zaczęła nagle dziękować za zaproszenie na slot, za wolontariuszy i ich pracę i w sumie "to chciałabym zadedykować teraz piosenkę autorce tego pięknego wianka (!!!!!). Na plakietce miała napisane Kosss.. Koossa :)". I co? I stoję pod tą sceną i ryk. I wzruszenie. Bo to jeszcze moją ich najulubieńszą piosenkę mi zadedykowała /"Bezwładnie"/. Zobaczcie to - ja miałam jakąś tam ulotną zachciankę, aby ich kiedyś poznać. Co Bóg uczynił? Taki scenariusz mi zaserwował, którego w życiu bym nie wymyśliła. Robię jej wianek, ona śpiewa dla mnie piosenkę, a ja ją później przytulam dziękując. 
Z pewnością o czymś zapomniałam. Jednak najważniejsze rzeczy, które wciąż sprawiają (i sprawiać będą jeszcze długo), że uśmiech tak łatwo nie zniknie z moich ust wymieniłam :)

to do mojej strefy w kafejkach nakrętki w taki sposób zbierano ^_^


Poza tym, w mojej strefie zrobiliśmy fajne rzeczy. Nasz korytarz Inicjatyw Społecznych był ciekawym, kolorowym i czasami zatłoczonym miejscem! Nauczyłam się robić girlandy, wchodziłam po wysokiej drabinie oraz ukończyłam robienie wielkiego napisu z nakrętek.
Byłam na kilku występach Impro Show, wspaniałych koncertach, robiłam wystawę z BiG Poster /chłopaki z poznańskiego ASP/ i zostałam kreatywnie zachęcona na następne dni do życia. Szczególnie przez Boga. 


Uratowana w nocy przez wspaniałą Martę miałam super miejsce na nocleg (tydzień w namiocie!), codziennie mogłam posmakować gorącej kąpieli /wyczaiwszy wcześniej godzinę bezkolejkową/ oraz napić się w różnych kafejkach gorącej czekolady z bitą śmietaną /a w Meta-Noi była najlepsza tarta karmelowa z bakaliami <3/.

widok na Wirydarz


Dzisiaj, kiedy kończę ten wpis, wiem jedno: czekam już na następny SLOT :)

możesz się szorować nie wiem jak często - stopy i tak zawsze będą na slocie brudne :D

0

Translate

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.