Czas


Nie mam czasu.
Czas nie ma mnie.

Skoro nikt go nie ma, to może on nie istnieje?


Skoro nie mam czasu, to potrzebuję szybkich produktów, szybko skutecznych technik oraz szybko przyswajalnej wiedzy. Pozwolą mi one na przeżycie w tym bez-czasowym świecie. Nie mam czasu na długoterminowe kursy. Nie mam ochoty na kilkuletnie warsztaty. Nie mam siły na poświęcenie czasu /którego nie mam/ na zajęcia, które nie dają mi natychmiastowego efektu. Nie i już. Ma być szybko, prosto i skutecznie.

Szybko to pojęcie względne, u każdego z nas indywidualnie zdefiniowane. 

 

Może to być tydzień, miesiąc, rok. A w sumie, to może i w godzinę coś zdziałam.

Dieta cud - schudnij 7 kilo w tydzień?
Zrób-sobie-brzuch w miesiąc?
Zacznij biegać maratony w dwa miesiące?
Mów biegle po francusku w rok?
Restauracja/kawiarnia/bistro - czemu mam czekać na zamówienie dłużej niż 5 lub 7 minut?!

Teraz. Szybko. Natychmiast.
Niecierpliwość. Chciwość. Desperacja.

Przystępujesz do działania. Poświęcasz tydzień-dieta cud, miesiąc-brzuch, a rok-nauka języka.
Po tygodniu widzisz, że cyfry na wadze zamiast spadać uparcie wzrastają. Po miesiącu i tygodniu widzisz, że wyprofilowany brzuszny kształt zanika, a po roku z kawałkiem nie pamiętasz ani słowa z obcego języka. Zebrałeś doświadczenie i czujesz się.. oszukany? Ograbiony z czasu, pieniędzy, energii? Zniechęcony.

Pozwól, aby to doświadczenie nauczyło Cię w tej chwili bardzo czegoś ważnego.

Wszystko w naszym życiu, musi "pochłonąć" swoją ilość czasu.

 

Wszystko "takes time" = zabiera czas.

Systematyczność. Regularność. Wytrwałość.
Nadszedł czas, aby zakolegować się z tymi słowami.

Czy urodziłeś się na ten świat z niesamowicie rozwiniętą umiejętnością mówienia? Nie
Czy po wskoczeniu do wody w ciągu nanosekundy pojąłeś czym jest kraul i delfin, i baseny pokonujesz w rekordowych prędkościach? Nie
Czy po swoim urodzeniu wyszedłeś z sali porodowej o własnych siłach? Nie



WSZYSTKO MUSI ZABRAĆ SWÓJ CZAS.
Tak przynajmniej mówi mi bardzo dobitnie moje doświadczenie /i szpecący mi do ucha Duch Święty/.
Jeżeli powyższe pytania /trochę oczywiście wyimaginowane ;)/ retoryczne nie naprowadziły Cię na ten jakże filozoficzny tok myślenia, to pozwól, że zaprezentuję to na kilku osobistych przykładach.

/bez urazy do kogokolwiek :)/
Nie mówię tutaj tylko o sprawach dotyczących uczenia się nowych rzeczy. Sprawa czasu dotyczy wszystkiego - po zrobienie prania przez pralkę, po spanie, podróżowanie i robienie jedzenia.

Całe 22 lata mojego życia żyłam w przeświadczeniu, że nie potrafię robić naleśników /oraz innych form płasko smażonych/. Zostałam poinformowana przez Mamę, że to dziedziczne i ani jej mama, ani ona, nie potrafiły nigdy usmażyć naleśników. Trudna to prawda dla mnie była. 
Dzieliłam się nią ze znajomymi, którzy z oburzeniem wołali - może złe ciasto? może zła patelnia? może za mało oleju? Tak naprawdę wszystko po trochu. Nie mogąc uwierzyć w ten anty-dziedzczny-gen zapragnęłam robić omlety. Stan patelni w moim domu był raczej słaby, ale nie zabiło to mojej nadziei. Możecie mi wierzyć lub nie, ale pierwszy omlet wyszedł okropnie /czyli nie wyszedł i zamienił się w jakiś jeden z rodzai jajecznicy/. Drugi też. Trzeci cały trzymał się "kupy". Ten trzeci to był przełom i duma. Czwarty wrócił do formy i był brzydki. I tak historia trwała. Z każdym kolejnym omletem i tygodniem, wychodziło mi to coraz lepiej. Gdzieś podświadomie stwierdziłam, że chcę specjalizować się robieniu omletów. Nie zaczęłam w zeszłym tygodniu. Zaczęłam w ZESZŁYM ROKU. Po drodze kupiliśmy nową patelnię /dobra patelnia jednak dużo robi/ i każdy kolejny omlet wychodzi mi coraz lepiej! Trwałam w tym i trwałam, aż w końcu złamałam rodzinną "klątwę" i nauczyłam się robić omlety /a co za tym idzie inne formy smażone też/. Naleśniki również. Może nie jestem jakimś światowej sławy omleto-maker'em, ale jestem z siebie dumna. Byłam wytrwała i osiągnęłam cel - zrobić omlet. Czy musiało mi to zająć tyle czasu? I tak, i nie. Nie, gdybym jadła omlety codziennie /kilka dni pod rząd jest zdecydowanie za dużo/ mogłoby to zająć mi mniej czasu. Tak - bo taka była moja prędkość uczenia się. Za każdym razem mogłam wyciągać coraz to nowsze wnioski dotyczące nagrzania patelni, ilości oleju, wyglądu omletu, który jest już gotowy do przewrotu. Było to szalenie inspirujące, a przede wszystkim rozwijające. Można by pomyśleć - zwykły omlet, a ile przemyśleń. A jedno z nich najważniejsze - musiało mi to zabrać jakiś czas. Pochłonęło go i dało mi nową umiejętność.

Wiem doskonale, że są ludzie, którzy w mig okazują się być mistrzami w danej rzeczy. Ci również jednak potrzebują "chwili" /dłuższej lub krótszej/, aby coś "załapać".


Tak jest również z moim angielskim. Mieszkamy w Polsce - kraju, gdzie każdy coś po angielsku może i powiedzieć umie, ale się wstydzi /to się na szczęście zmienia/. Teoretycznie uczymy się go już od przedszkola, zaczynając od podstaw, aby z każdym kolejnym rokiem wspinać się na wyższe poziomy. Teoretycznie. Praktycznie wygląda tak, że nic nas do tego nie zachęca - nauczyciel z powołania zdarza się raz na milion - a raczej demotywuje. Nie ma też zbyt dużej przestrzeni, do swobodnego ćwiczenia mówienia. To się na szczęście też zmienia. Raczej zmienia się też, gdy ktoś postanawia się za swój angielski "wziąć". Moje "doskonalenie" angielskiego postanowiłam sobie jakieś dwa lata temu. Wtedy to też wyjechaliśmy do Kanady z chórem, a ja przypisana byłam do pracy w sklepiku, w którym po koncertach sprzedawaliśmy nasze rzeczy. Wiedziałam już o sobie to, że czasami potrzebuję czasu, aby się rozkręcić i zacząć płynnie mówić po angielsku. Czasami była to godzina. Później wystarczyło pięć minut. Zostałam postawiona przed faktem dokonanym - "Dobrze. Mój angielski jest jaki jest. Ja jednak muszę gadać z tymi ludźmi, którzy chcą od nas coś kupić." Więc zaczęłam mówić. Kiedy czegoś nie rozumiałam - pytałam. Czy to wprost rozmówcę czy współtowarzyszy z Polski. Kiedy wróciłam nie przestałam się rozwijać. Zaczęłam czytać broszury po angielsku, które stamtąd przywiozłam. Potem przyszła pora na książki. Wolno szło, ale szło. Seriale z napisami po angielsku. Filmy z napisami po angielsku. Czytanie artykułów. I rozmawianie - zawsze da się znaleźć jakiś sposób. A rozmawianie jest bardzo ważne. Minęły dwa lata od tego okresu, a ja mogę powiedzieć, że zrobiłam ogromny krok. OGROMNY. Sama sobie się dziwię i zazdroszczę tego, na jakim poziomie obecnie jestem. Wiem, że można jeszcze bardziej. I nie chcę się zatrzymywać.
Czego mnie to nauczyło? Wytrwałości i systematyczności. Bo niećwiczona rzecz odchodzi w zapomnienie. Nie osiągnęłam tego w miesiąc. Można by rzecz, że pracuję nad tym od przedszkola, a najlepiej mi idzie od ostatnich dwóch lat :D DWA LATA. To bardzo dużo. Nie jest też tak, że codziennie robię jakieś ćwiczenia czy angielskie rzeczy, chociaż chciałabym. Wciąż jest sporo rzeczy, których nie rozumiem, ale i na nie przyjdzie pora. Zrobię kolejny ogromny krok i będzie to moją kolejną dumą :)



Puentując i kończąc - daj sobie czas ze wszystkim. Mówię serio. Nawet pranie Ci się w pięć minut nie zrobi, a przepis na "szybki bigosik" zajmuje całą godzinę - w praktyce oczywiście więcej /nie wspominając, że moja książka kucharska twierdzi, że na taki porządny bigos potrzebuję trzech godzin, a krążące legendy mówią o dobie, a nawet trzech!/.

Za czym tak pędzisz, że szukasz wszystkiego "szybkiego"? Na co zużywasz zaoszczędzony czas?


Zwolnij.
Daj sobie czas.
I obserwuj jak się to wszystko rozwija i zmienia :) Łącznie z Tobą :)

kończąc ten wpis wpadła mi prawie idealna piosenka dotycząca czasu, który jest potrzebny, aby się wznieść na wyżyny!



0

Studio Accantus - Gdy wierzysz (Książe Egiptu)

0

100 rzeczy, które powinieneś wiedzieć, zanim gdziekolwiek pojedziesz - część VII

aura zaczęła sprzyjać podróżom, więc i ja zamieszczam ciąg dalszy :)

61) Nie bierz jednej pary butów - a jak przemokną?

Buty to dla mnie wciąż mały problem - ile i jakie. Optymalna liczba to dwie pary i to takie wygodne, w których ostatecznie, gdyby zaszła taka potrzeba, chodziłbyś, nawet, gdyby ta druga zaginęła/zepsuła się/zamokła. Obuwie wygodne czy dobrze zabudowane? Lekkie czy przewiewne? Nie wiadomo co nas spotka. Ponieważ japonki są ultralekkie i sprawdzają się dla mnie wszędzie, to są moją ekstra parą. Tak to trampki plus sandały? To naprawdę zależy od tego, gdzie jadę. Jedno wiem na pewno - muszą być sprawdzone i wychodzone przeze mnie. Ewentualne zażalenia będę mogła kierować tylko do siebie ;)

62) Jeżeli czujesz, że potrzebujesz snu to go uzupełnij!

Zaskakujące, ale prawdziwe ;) Chociażby się paliło i waliło bądź wypoczętym podróżnikiem. Mi osobiście czasami wystarczy, że sobie poleżę i po prostu odpocznę. Nic tak nie regeneruje, jak sen. Nie alkohol, nie jedzenie, nie dzikie harce do wczesnego ranka - najzwyklejszy zdrowy sen :)



63) Oprócz ubrań weź też jakieś dodatki - kolczyki, bransoletki, pierścionki.

Osobiście nie czuję presji w tym kierunku. Szkoda mi ich trochę brać - a jak się zgubią? Mogę tylko się domyślać, że nawet jeżeli nie czułabyś się w pełni kobieco w brudnej sukience czy spódnice, to takie dodatki zrobią swoje ;) A pierścionek.. sam pierścionek się przyda - w niektórych krajach może to być jedyny ratunek przed natrętnymi kochasiami ;)

64) Jeżeli będziesz pływać w rzece lub jeziorze - weź gumowe buty. 

Mogę to potwierdzić co do wybrzeża chorwackiego - i plaża, i dno usiane są kamieniami, a w wodzie pomiędzy nimi kryją się jeżowce - małe, czarne i niepozorne zwierzątka, które kolcami mogą wyrządzić krzywdę stopie. Chyba nie chcesz spędzać wakacji w szpitalu bądź z nogą w opatrunku? Czasami też, ilość śmieci pływających w takich miejscach, może Cię zaskoczyć. Mi osobiście wyobraźnia się rozkręca w momencie, gdy smyra mnie jakiś glon pod wodą.. Szkoda trochę tracić miejsce na takie buty, jeżeli jednak wiesz, że nie będziesz wskakiwać do takich miejsc, to odpuść sobie. Za granicą, przy większych zbiornikach będziesz mógł kupić buty na miejscu :)

65) Przed wyjazdem spakuję się przed wyjściem na imprezę i wypiciem jakiegokolwiek alkoholu.

Można to zrozumieć na dwa sposoby - wyjeżdżasz gdzieś i przed wyjazdem idziesz na imprezę mocno zakrapianą. Nie wiadomo ile będziesz z niej pamiętał, a tym bardziej tego w jaki sposób znalazłeś się w swoim łóżku. Warto zaoszczędzić ten poranny czas i nie zastanawiać się czy aby na pewno wszystko wziąłeś.
Drugim sposobem jest to wszystko co powyżej, ale w odniesieniu do zmiany hostelu - czyli jedziesz w swojej podróży dalej, ale chcesz spędzić czas z poznanymi ziomkami w hostelu. Spakuj się przed. Będziesz sobie później dziękować ;)
/ah, ale się rozmarzyłam, że gdzieś tam właśnie ludzie siedzą w hostelu i podróżują../

66) Weź ze sobą adapter do kontaktu!

Jeżeli jeździsz z kraju do kraju - weź tym bardziej. Jeżeli nie zgłębiałeś wcześniej tajników specyfikacji danego kraju i z góry założyłeś, że wszystko wszędzie jest już takie same, to możesz się bardzo zaskoczyć. Jeżeli jednak podróżujesz tylko do jednego kraju, to sprawdź wcześniej, czy naładujesz sobie telefon bez problemu ;)

67) Zawsze zarezerwuj sobie pierwszy nocleg w danym mieście.

No chyba, że jesteś "hardkorem" i stawiasz odważne kroki wiary idąc na żywioł. Jeżeli marzy Ci się, że na miejscu poznasz kogoś, kto Cię przygarnie za darmochę do siebie i w ogóle będzie cacy - to nie wiem czego się naoglądałeś albo kogo się nasłuchałeś. Owszem, może Ci się to przydarzyć, ale nie bierz tego za pewniaka. Zawsze, w takim wypadku, można rezerwację cofnąć, a /jeżeli była/ opłatę rezerwacyjną przeboleć. Moje doświadczenie /małe, własne, ale ciasne/ żałuje, że czasami nie miałam gotowych noclegów. Czasami już prawie wybierałam nocleg w jakimś parku, gdy Bóg mi błogosławił. Ilość stresu przeżytego wtedy nie była najlepszą częścią podróży, dlatego zachęcam do rezerwacji - w szczególności, gdy nie masz zamiaru tak szybko opuszczać miejsce zwiedzania.



68) Nie musisz wysyłać pocztówki w kopercie - i tak zaginie.

Nigdy bym nie wpadła, że można wysłać pocztówkę w kopercie. Bo co, inni przeczytają? Jak ma dotrzeć, to dotrze, a mało jest przypadków, że nie dociera. Ja się wycwaniłam jeszcze bardziej i wysyłam je z Polski do ludzi, którzy ich oczekują :) Koszt znaczka w Polsce mniej boli.

69) Sprawdź ile alkoholu i papierosów możesz przewieźć.

Dotyczy się pewnie tych, co chcą przywieźć takie pamiątki i przejeżdżają przez granice, gdzie nie ma strefy Schengen. 

70) Lecisz samolotem? Sprawdź jakim autobusem dojedziesz z lotniska do centrum.

BARDZO WAŻNY PUNKT. Będziesz sobie później dziękować. Sprawdź najlepiej każdą opcję, jaka istnieje - te cholerne autobusy czy dojazdy potrafią być szalenie drogie. W szczególności, gdy dane lotnisko, z nazwą miasta, od tego miasta znajduje się jedyne 100km. Zrób wszystko, co możesz, aby dowiedzieć się, jak dostaniesz się do miasta. Naprawdę.



to chyba na tyle
już tak dawno nie podróżowałam, że zapomniałam jak to się robi :P
obym wkrótce to nadrobiła ;)
0

Translate

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.